IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Hello darkness, my old friend...

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Anabelle

avatar

Liczba postów : 5
Data dołączenia : 15/02/2015

PisanieTemat: Hello darkness, my old friend...   Sro Lut 25, 2015 10:50 pm

...I've came to talk with you again...




>klik!<

- Jak się dziś czujesz, Anabelle?
- Pyta pan z ciekawości, grzeczności czy formalności?
Czuję dreszcz przebiegający po plecach.
Pracuję tu od roku. Od roku przemierzam ten sam biało-seledynowy, cuchnący cytrynowym Domestosem, wyłożony obskurnym linoleum korytarz, a gumowe podeszwy moich tenisówek mlaszczą w sposób zdecydowanie zbyt głośny, by uznać to za stosowne. Od półrocza uważnie wertuję jej kartę choroby. Odnotowuję drobne poprawy i spektakularne klęski.
Powinienem się przyzwyczaić, bo Anabelle od sześciu miesięcy wita mnie tym samym pytaniem.
Jestem trzydziestosześcioletnim lekarzem z dość niezłym, jak na mój wiek, stażem. Uczestniczyłem w prawie siedemdziesięciu operacjach i samodzielnie wykonałem czternaście sekcji zwłok. Mój wuj prowadzi dom pogrzebowy, w którym dorabiałem na studiach. Znam smród ludzkiego, rozkładającego się ciała i uczucie, gdy respirator nagle zanosi się żałobnym wyciem. Znam specyficzny, niepodobny do niczego dotyk chłodnego, pozbawionego energii wora skórno-mięśniowego, który jeszcze niedawno był człowiekiem. Powinienem się przyzwyczaić, a wciąż czuję dreszcz.
Chyba nie sposób przywyknąć do śmierci.



…Because a vision softly creeping...




Anabelle Marie Tirpitz. Urodzona czternastego listopada o godzinie piętnastej czterdzieści, w pochmurne, burzowe popołudnie. W chwili, gdy ją poznałem, miała niespełna jedenaście lat. Obecnie, jeśli jeszcze żyje, dobija do chlubnego tuzina. Gdziekolwiek jest.
Na świat przyszła w 1993 roku jako trzecie dziecko niemieckiego dyplomaty, Adolfa Tirpitza i jego pięknej żony, popularnej aktorki Evy. Nie wiadomo, jaki związek miało jej nazwisko z postacią admirała Alfreda Tirpitza, wiadomo za to, że jej ojciec poświęcił przeszło cztery lata życia (i znacznie więcej euro) na próby dowiedzenia takowego pokrewieństwa. Sama Anabelle uważała tę możliwość za wyjątkowo zabawną.
W końcu admirał Tirpitz był wielkim człowiekiem, nazywanym wręcz Wiecznym Tirpitzem. Jej ojciec, mimo że nadmiernie ambitny i zbytnio napuszony, był też utalentowanym politykiem. Jej matka, nomen omen Tirpitz, otarła się o Oscara za rolę drugoplanową i skosiła kilka pomniejszych wyróżnień. Jej stryjeczny brat – Uwe Tirpitz – był niemieckim sztangistą. Nawet pieprzony hitlerowski pancernik, brat bliźniak Bismarcka, nosił nazwę Tirpitz.
Nazwisko pięknych, silnych i wspaniałych.
Oraz Anabelle. Dwunastoletniej porażki ewolucji, klęski genetyki i sromotnej hańby immunologii. O ironio, jakże słodki jest twój perlisty śmiech.



Left its seeds while I was sleeping…





- Gdybyś miała opisać się piosenką, byłaby to…?
- Sound of silence.
- Nie przypuszczałem, że znasz takie starocie, Anabelle. Dlaczego akurat ta?
- Ponieważ Lacrimosa to jeszcze większy staroć, doktorze.


…And the vision that was planted in my brain…





Anabelle była wpadką, i to wpadką niefortunną. O ile bowiem dziecko jako takie jest szczęściem i darem Bożym, o tyle może być kłopotem w dwóch sytuacjach: wtedy, gdy nie masz pieniędzy na jego utrzymanie lub wtedy, gdy dziecko rodzi się chore.
Tirpitzów było stać. Mogli sobie sprawić całą gromadkę tłustych brzdąców, mogli też, wedle swego widzimisię, zasiedlić południowe Niemcy kopiami małych Anabelle. Kwestie finansowe nie były tu problemem, rodzice łożyli na nią hojnie i szczodrze, nawet wówczas, gdy została pacjentką mojego szpitala. Ale wychowywanie dziecka nie polega na zapychanie mu dziury w ustach i dupie pieniędzmi, o czym Tirpitzowie doskonale wiedzieli, a z czym nie zamierzali niczego zrobić. Dziewczynka urodziła się słaba i chorowita, z alergią na prawie wszystko, począwszy od kurzu, skończywszy na gadziej wylince. Eva zaś właśnie przeżywała swój szczyt kariery i była wręcz zalewana nowymi rolami, a Adolfowi zbliżały się wybory. Decyzja została podjęta prosto, szybko i bezdusznie. Dwurocznej Anabelle wynajęto niańkę, ucałowano dziewczynkę w główkę i powiedziano, że rodzice pobawią się z nią, jak wrócą z pracy.
Jeszcze nie wrócili.
Być może Tirpitzowie byliby dumni, gdyby dowiedzieli się, jak bystre urodziło się ich trzecie dziecko. Niestety nigdy nie mieli na to czasu, a lakoniczne, sporadyczne rozmowy telefoniczne z nianią ograniczały się do pytań o zdrowie i komfort życia Anabelle. Ich wizyty w domu przypominały raczej pobyt w hotelu, uściski stały się chłodne, a spojrzenia zniecierpliwione. Ostatecznie mieli dwójkę dużo starszych, niepotrzebujących opieki dzieci, a ich kariery dopiero nabierały tempa. Anabelle była zawadą, której nie sposób było usunąć, ale za to łatwo było nagrodzić za trud czekania designerską lalką i wygonić do pokoju.
Szybko okazało się, że Anabelle (odkąd skończyła pięć lat, nie pozwalała skracać swojego imienia do Belle, ani w jakikolwiek inny sposób) jest dziwnym i nad wyraz rozwiniętym dzieckiem. Szybko nauczyła się chodzić i mówić, zaczynała czytać już w wieku niespełna pięciu lat, a rok później już w skupieniu studiowała swoje pierwsze dziecięce książki. Wtedy też wykryto u niej zaczątki astmy oskrzelowej. Z przyczyn zdrowotnych nie uczęszczała do przedszkola, a gdy ukończyła sześć lat, nie poszła do szkoły. Załatwiono jej nauczycieli prywatnych, pod których czujnym okiem uczyła się znacznie efektywniej niż jej rówieśnicy, dużo wcześniej zdobywając potrzebną jej wiedzę. A uczyła się dużo i chętnie. Nauczyciele w rozmowach z panem Tirpitzem podkreślali w zdumieniu jej wyjątkowy, wręcz niepokojący głód wiedzy. Anabelle nie chciała się bawić lalkami, chciała słuchać więcej opowieści o zwierzątkach, roślinkach i starożytnych Grekach. Jak przystało na dziecko, męczyła dorosłych pytaniami, te jednak bywały zdumiewająco trafne. Anabelle zaczęła objawiać nietypowy dla dzieci w jej wieku, cięty humor i podszytą sporą dawką dziwnej dla niej powagi inteligencję. Wychowywana w zamknięciu, pod sterylnym kloszem nie miała kontaktów z rówieśnikami, więc jej główną atrakcją było (a nawet wciąż jest) obserwowanie dorosłych. Nim skończyła dziewięć lat, wiele pracownic z domu Tirpitzów w Berlinie zwolniło się, przerażonych dziwaczną atmosferą otaczającą dziewczynkę oraz jej czarnymi, błyszczącymi oczami śledzącymi wszystkie ich ruchy.
Anabelle była zbyt poważna jak na dziewięciolatkę. Przypuszczam, że obecnie jest też zbyt poważna jak na dwunastolatkę, będzie też zbyt poważna jak na dwudziesto- i czterdziestolatkę, gdy tylko takiego wieku dożyje. To tylko moje osobiste zdanie, ale mam wrażenie, że choroby odcisnęły na niej piętno, zmuszając do przedwczesnej dojrzałości i refleksji. To tak jak z diamentem.
Diament to węgiel, który poddano zbyt dużej presji.
Anabelle była diamentem wykrystalizowanym z oziębłości rodziców, izolacji, samotności i bólu. A bólu doświadczyła sporo. Dusiły ją astmatyczne, odbierające oddech kaszle. Stałe niedobory żelaza zaowocowały anemią, a niska przyswajalność mikroelementów doprowadziła do kruchości kości i niewyrośniętej postawy. Dni spędzane w zamkniętej posiadłości, zamiast z innymi dziećmi na dworze, obrodziły w postaci bladej, niemal przeźroczystej skóry. Apogeum nastąpiło, gdy w wieku 9,5 roku zdiagnozowano u niej nowotwór płuc.
Od tego dnia nigdy więcej nie zobaczyła chłodnych ścian rezydencji. Niewiele też naoglądała się rodziców i zewnętrznego świata. Rzeczywistość szpitalna pochłonęła ją bez reszty, a Anabelle przyjęła zmianę ze spokojem, a nawet z pewną dozą ulgi. Ostatecznie jej drogie, wyszywane koronkami koszule nocne przypominały dawne sukienki, w szpitalu miała dostęp do książek i stałą opiekę. Rozmawiała z lekarzami, bardzo ceniła sobie nieliczne rozmowy z księżmi. Szpital jawił się jako zamknięta, bezpieczna przystań, klasztor, w którym można istnieć nie martwiąc się o konieczność istnienia.
To nie tak, że czekała na rodziców. Była bystrym dzieckiem. Dawno już zorientowała się, na czym polega osobliwy związek pomiędzy nią a państwem Tirpitz. Akceptowała ten stan rzeczy. Rodzeństwo nie przyjmowało do wiadomości jej istnienia, ona zaś odwdzięczała się chłodną obojętnością. Zachodziły w niej drobne, psychiczne zmiany, tak ulotne, że niemal niedostrzegalne. Ku zdziwieniu pielęgniarek, odłożyła Harry’ego Pottera na rzecz Nietzschego.
I przestała się uśmiechać.


…Still remains…




W klinice spędziła pierwsze pół roku. W drugim szpitalu w Monachium spędziła rok, okresowo zmieniając jedynie oddziały. Dopiero wtedy trafiła do mnie.
- Przepraszam za mój wygląd, doktorze. Nie spodziewałam się pana – powiedziała wówczas, odkładając cienką, wyświechtaną książkę na szpitalny stolik. – Nie uczesałam się.
Miała wtedy dopiero odrastające, jasne włosy o kolorze i fakturze słomy, tak wysuszone, jakby właśnie kładła na łeb amoniak, gdy zabrakło wody w całym osiedlu. Zagarnęła kruche, łamliwe pasemko za ucho, a wówczas zauważyłem, jak chude i kościste ma palce. Była po chemii i radioterapii.
Wyglądała jak trup dziecka. Zasuszona mumia z sarkofagu przedwcześnie zmarłego…
- Następca faraona? – zagadnęła mnie, uśmiechnąwszy się zagadkowo, ale grymas ten nie sięgnął oczu. Anabelle zawsze się tak uśmiechała. Nigdy od serca.
- Czytasz w myślach?
- Tylko w myślach ludzi, których łatwo przeczytać.
Gdy unosiła kąciki ust w tym pseudouśmiechu, blada skóra na policzkach była tak napięta, że zdawała się trzeszczeć. Przez chwilę przeraziłem się, że pęknie, ukazując mi wysuszone za życia mięso. Wzdrygnąłem się.
Zauważyła to.
- Jeśli pan tak robi na widok każdej kobiety, w tym starszych ode mnie, to nie dziwię się, że pan nie ma żony – skwitowała, patrząc mi w oczy. Wtedy jeszcze myślałem, że mam coś na twarzy, potem, że Anabelle stara się mnie skrępować lub wystraszyć. Patrzyła na człowieka tak, jakby był jedyną istotną rzeczą w kosmosie. Dopiero później zdałem sobie sprawę z tego, że dla Anabelle tak w istocie było. Rozmówcy poświęcała maksimum uwagi, jako wartości nadrzędnej. Uwielbiała rozmawiać.
- Zawsze się zastanawiałem, czy pielęgniarki mają w toku studiów kurs plotkarski – mruknąłem sam do siebie.
Roześmiała się. W tym momencie podbiła moje serce. Dziwna dziewczynka, która byłaby ładna, gdyby miała kilka kilo więcej i mniej miligramów rakobójczej chemii krążącej kilka tygodni temu w żyłach. Kilka serii radioterapeutycznego naświetlania temu. Przed astmą, rakiem płuc z przerzutami do kości, anemią i alergiami. Upiornie spokojne, mądre dziecko, które wyrosłoby na fascynującą kobietę, piekielnie inteligentną i zjawiskowo piękną. Uroda odziedziczona po matce skupiłaby uwagę milionów mężczyzn, a bystry umysł i charakter zniewoliłyby ich serca.
A to ja, to ja musiałem powiedzieć, że pożyje jeszcze najwyżej dwa lata. Może trzy. Przy dobrych wiatrach. Oczywiście może być uleczona. Może zajść pełna remisja choroby, jasne, czemu nie. Pewnie, musimy w to wierzyć, musimy być dobrej myśli, musimy…
Przekonywałem tak wszystkich. Musiałem. Wciskałem ten pocieszający kit jej rodzicom, gdy wpadali na błyskawiczne, zdawkowe wizyty, wciskałem pielęgniarkom, opiekunkom, salowym, innym lekarzom i samemu sobie. Była tylko jedna osoba, której o tym mówić nie musiałem.
Anabelle.


…Within the sound of silence.


- Panie doktorze, czy dobre życie musi być długie? – spytała, czesząc włosy. Tutaj, w mojej klinice, polepszyło jej się. Jej skóra wciąż była trupioblada, ale nie miała już okropnego, żółtawego odcienia. Nabrała nieco ciała, choć wciąż była przeraźliwie chuda. Jej włosy odrosły i nieco wzmocniły się, odkąd nie kontynuowaliśmy zabiegów chemioterapii, zapuściła je do pasa i codziennie szczotkowała. Dbała o staranny wygląd. Przysłano jej tu komplet naprawdę ładnych, długich sukienek i koszul nocnych przywodzących na myśl dwudziestowieczną pensjonarkę. Stroje były pełne smaku i klasy, ale coś nakazywało mi myśleć, że Anabelle wybrała je sama.
- Nie rozumiem?
- Przecież pan rozumie, tylko nie wie, co mi odpowiedzieć – prychnęła poirytowana, odkładając szczotkę. Przejrzała się w lustrze.
Była niska, niespełna metr czterdzieści, ale wydawała się mniejsza przez jej kruchą posturę. Mogłem chwycić ją oburącz w talii, a moje palce z łatwością złączyłyby się czubkami. Mogłem chwycić ją zbyt mocno za nadgarstek i zgruchotać jego kości. Jedną ręką mógłbym chwycić jej chudą szyję i udusić. Ale w jakiś niepojęty sposób zdawała się budzić… respekt?
Miała nieco zbyt zawarty, wąski jak ostrze noża nos obsypany śladową ilością piegów tak bladych, że niemal nie odcinały się od mlecznego odcienia skóry. Gdy denerwowała się lub była zawstydzona (co działo się wybitnie rzadko), na jej policzkach wykwitały krwawe plamy. Podobnie jak te, które zraszały jej wysuszone, drobne usta, gdy kaszlała różową pianą.
Chude nogi, wąskie biodra, absolutny brak piersi. W wychudłej twarzy duże, głęboko osadzone, ciemnozielone oczy zdawały się być wręcz czarne. Anabelle miała długie, gęste rzęsy, które z jakichś względów nie wypadały, a nawet jeśli wypadły, szybko odrastały jeszcze grubsze i gęstsze. Ciemne tęczówki topiły się w ich cieniu, a mnie żołądek podjeżdżał do gardła, gdy zdawałem sobie sprawę, że te czarne przestrzeliny patrząc wprost na mnie.
Spokojnie i nieruchomo. Jak zwykle.
Chyba się z nią zżyłem.
- Nie wiem – przyznałem.
- O śmierci dzieci i młodych ludzi piszą, że to wielka tragedia. Dlaczego?
- Myślę, że łatwiej…pogodzić się ze śmiercią starej osoby. Ona i tak niebawem miała umrzeć. Śmierć młodego jest szokiem.
- Ale przecież nikt nie wie, kiedy umrze, więc jak tu mówić o szoku?
Szach mat.
Anabelle dobrze grała w szachy.




Dodatkowe informacje/ciekawostki:
- Wie o istnieniu Draugarów, choć jej wiedza to nie jest potwierdzona doświadczalnie pewność, a zwyczajnie wynik faktu, że jako jedyna z nielicznych naprawdę tutaj pacjentów słucha. I wierzy ich słowom.
- Jest młodą maniaczką literatury. W swoim pokoju w berlińskim domu miała mnóstwo książek, wiele z nich trzymała nawet w trzech klinikach, które zdążyła zwiedzić. Nawet tutaj w jej skromnej, zapyziałej izolatce znalazło się kilka podniszczonych książek. „Burza”, „Nowy wspaniały świat”, „Tako rzecze Zaratustra”, „Jądro ciemności”. Czyta książki zdecydowanie nieprzeznaczone dla dzieci w jej wieku.
- Choruje na raka płuc, który obecnie przerzuca się do kości, co objawia się bólami. Oprócz tego cierpi na astmę oskrzelową i alergie (m. in. na kurz, kocią sierść, pyłki kwiatów).
- Boi się kotów. Twierdzi, że nie boi się samotności, ale nie lubi zostawać sama. Czasami zdarza jej się płakać z bólu, ale nie chce, by ktokolwiek to widział.
- Stara się możliwie unikać leków, głównie przeciwbólowych.
- Kiedyś chciała zostać aktorką teatralną. Obecnie jej zainteresowanie zawęża się do namiętnej lektury sztuk Szekspira. I monologów do sztucznej czaszki.
- Anabelle zachowała szczątkowe wspomnienia z poprzedniego życia – głównie dlatego, że większość spędziła w szpitalach i klinikach, więc niewiele różni się to od jej obecnej egzystencji. Szpital ją fascynuje i nie chce z niego odejść, przyzwyczaiła się do tego typu miejsc, a to jest wyjątkowe. Pasjonują ją Draugary, chciałaby poznać któregoś. Czasami wychodzi na samotne wycieczki i snuje się korytarzami, szukając innych pacjentów takich jak ona.
- Jej zaginięcie zgłoszono 25 lutego 2005 roku. Po prostu zniknęła w nocy z prywatnej kliniki we Frankfurcie. Tego dnia też znalazła się w Szpitalu, nie pamiętając, jak i po co tam trafiła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lucien
Pan Grabarz

avatar

Liczba postów : 146
Data dołączenia : 07/02/2015

PisanieTemat: Re: Hello darkness, my old friend...   Czw Lut 26, 2015 6:56 pm

Akceptuję.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://sykehus.forumpl.net
 
Hello darkness, my old friend...
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Bet­ter to die for a friend than to die for gold

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Postaciowo :: Kartoteka-
Skocz do:  









~**~
I love PBF
Halo PBF
Vampire Knight
AXIS MUNDI
Kuroko no basuke
BlackButler
HogwartDream
Wild Land AAF
Pogrzebowe Wino
Partnerstwo & Toplisty