IndeksIndeks  UżytkownicyUżytkownicy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Voron.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Demyan
Voron

avatar

Liczba postów : 61
Data dołączenia : 11/02/2015

PisanieTemat: Voron.   Pią Lut 13, 2015 11:22 am

Demyan Grigoriy Lebiediew
Grisha | dwadzieścia siedem lat | Ochrona | Voron



Choroby i słabości:
- Agresja towarzyszy mu praktycznie od urodzenia. Jest nieobliczalny i brutalny. Nie zwraca uwagi na uczucia innych, a jeśli już wpadnie w szał, nie będzie obchodziło go to, czy jesteś mężczyzną czy kobietą.
- Posiada nieco słaby wzrok, dlatego zwykł nosić przy sobie okulary.
- Ma słabość do osób z talentem plastycznym.
- Od jakiegoś czasu cierpi na bezsenność. Ponadto gdy zaśnie, najcichszy dźwięk jest w stanie go obudzić.
- Z ręką na sercu można stwierdzić, że należy do osób nerwowych, które nie od razu pokazują zdenerwowanie. Przez to po czasie jego wściekłość ukazuje się z większą siłą.
- Jest niezwykle podporządkowany szefostwu, przez co wykona ich każdy rozkaz czy zwykłą prośbę. Rzadko zwraca uwagę na to, czy jest to słuszne, ślepo się ich słuchając.  
- Rodzina. Definitywnie. Jest przewrażliwiony na ich punkcie, dlatego rozpoczęcie jakiejkolwiek rozmowy w tym temacie może się źle skończyć.


Charakter i historia:
Dziennik, wpis pierwszy
Jeszcze wczoraj powiedziałbym, że pisanie pamiętnika jest zanadto kobiece. Zresztą, nie zmieniłem mojego zdania nawet teraz. Pytanie, czy przypadkowe kartki znalezione po kątach tego stęchłego mieszkania można nazwać chociażby w najmniejszym stopniu pamiętnikiem... Ale mniejsza. Cóż... jeśli nie wiesz od czego zacząć, najlepiej zacząć od samego początku. Pomysł na zapisywanie swoich myśli nie przyszedł sam. Poradził mi tak stary znajomy (stary nawet w dosłownym znaczeniu), nim jeszcze padł zapity w trupa na uświniony materac. Może i zwietrzały z niego grzyb z zamiłowaniem do mocniejszych trunków (powinienem siebie wykpić, bo w tym momencie sam nie jestem lepszy), ale potrafi powiedzieć coś mądrego, a przynajmniej ciekawego. Nawet pomimo tego, że nieraz zdarzyło mu się opowiadać o latających niedźwiedziach, które - jak to mówił - widział jeszcze za młodu. Ale prawdą jest, że słowa emerytów czasem należy brać tak samo poważnie, jak zapewnienia dzieci, że widziały smoka. Może z wiekiem smoki zamieniają się w latające niedźwiedzie? Kto wie. Ale dosyć o tym dziadzie, a więcej o mnie, w końcu teraz to ja jestem pępkiem świata w tym dzienniku.
Początek, tak... urodziłem się w małej wsi w Rosji. W starej chacie, po której biegały kury, a pod kanapami wylegiwały się stare kocury. Do teraz zastanawiam się, w jaki sposób żyła tam moja rodzina. Na moje szczęście przeżyłem tam jedynie pierwsze trzynaście lat, dlatego udało mi się poznać więcej świata od rozpadającej się stodoły i ogromnego podwórza, którym zawładnęły dzikie zwierzęta. Nadal pamiętam, jak z bratem męczyliśmy małe warchlaki. To znaczy, rzucając w nie kamieniami. To koty były tymi, które się zabijało. Albo mordowało, jak kto woli. Dziki po prostu były cenniejsze od takich przebrzydłych kocurów, które przynosiły zdechłe gryzonie albo następne młode. Gdybym powiedział o tym jakiemuś miłośnikowi zwierząt, ubiłby mnie zapewne na miejscu. Rzecz w tym, że to była jedyna konkretna rozrywka na takim zadupiu, gdzie prócz dziadków i matki, którzy cię wychowywali, było jeszcze zaledwie siedem rodzin w okolicy. Być może po prostu próbuję jakoś usprawiedliwić swoje niezbyt szlachetne czyny, w które następnie wciągnąłem swojego młodszego brata, Yuriyego. Był głuchoniemy, przez co żaden z dzieciaków nie chciał się z nim zadawać. Wolały zwyzywać, obrzucić kamieniami i uciec. Ale, przysięgam na Boga, skopałem dupsko każdemu bachorowi, który odważył się podnieść rękę na mojego brata. Biłem, wrzucałem do rzeki, zamykałem w śmietnikach, przypalałem, obrzucałem gównem. Ktokolwiek zadziera z kimś dla mnie ważnym, zadziera również ze mną. Nie interesował mnie fakt, że uchodziłem za najgorszego gnojka w okolicy. Chroniłem tylko swoją rodzinę i zrobiłbym to drugi raz, gdybym musiał. Zresztą, nie muszę musieć. Wskaż mi kogokolwiek, a jutro nie będzie chodził już o własnych nogach.
Tak właściwie dzieciństwo to najnudniejszy moment w moim całym życiu. Skupiało się jedynie na dojeżdżaniu do szkoły, bieganiem z Yuriym czy bójkach. Ciekawie zaczęło robić się kilka lat później, gdy wraz z matką i bratem przeprowadziłem się do miasta. Tam mały Yuriy miał otrzymać specjalne nauczania indywidualne, które miały mu pomóc. Nawet nie wiecie, jaki to był dla mnie szok zobaczyć tak wielkie budynki, pięknie ubrane kobiety i kuszące wystawy z jedzeniem. Jak się jednak później okazało, ta wyszukana część miasta nie była dla takich przybłęd, jakimi byliśmy my. Dla nas zostały same ochłapy - stare, zrujnowane mieszkanie, w którym rzadko kiedy była czysta woda. Myszy swobodnie biegały po całej kamienicy, a mieszkańcy wydawali się nie zwracać na to uwagi. Zresztą, co by te biedaki zrobiły? Ani to pieniędzy na trutki nie ma, bo przecież pieniądze, które nie idą na czynsz, przeznacza się na alkohol, a co!  Ale mimo wszystko dziękuję całym sercem, że przywiało mnie tutaj, na margines społeczeństwa. Chyba wreszcie poczułem się jak w domu. Każdego dnia walczyłeś o swój własny dobytek, bo zawsze była możliwość, że jakiś cwaniak wkroczy ci do mieszkania, dając sobie prawo do każdej rzeczy, jaka znajduje się wewnątrz. Nieraz zdarzała się taka sytuacja. Raz udawało mi się go przegonić, a innym razem traciliśmy część majątku. Ale kogo by to obchodziło? Z pewnością nie mnie. Nie przywiązuję się do rzeczy materialnych. Niech mam tylko co na siebie nałożyć i co zjeść, a będę szczęśliwy.
W jakiś cudowny sposób nawet udało mi się nieco wyedukować. Od przeprowadzki nie było mowy, żebym uczęszczał do szkoły, dlatego brałem lekcje od znajomego w moim wieku. Pożyczał mi podręczniki (choć z widoczną niechęcią), a nawet czasem zdarzały się dni, podczas których zaproponował, że przekaże mi swoją wiedzę zdobytą na niedawnych lekcjach. Cieszyłem się jak głupi, chociaż wiedziałem, że nauka do niczego mi się nie przyda. Byłem świadom, że nie zostanę żadnym naukowcem, astronautą czy prawnikiem. Życie skreśliło mnie tego pamiętnego dnia, kiedy przyszedłem na świat w tej rozpadającej się chałupie. Mimo to chciałem się uczyć dla samej satysfakcji. Że robię coś więcej od szlajania się po mieście i wszczynania bójek, z których nie zawsze wychodz...

Dziennik, wpis drugi
...iłem cało. Wybacz, kartka mi się skończyła. Skończyłem na... ach, tak. Mniejsza już o to. Byłem nic niewartym szczeniakiem, nic więcej. Kradłem, okładałem pięściami za nic i nawyk wyżywania się na zwierzętach pozostał. Zła chyba nie da się tak łatwo wytępić. Nawet teraz, gdy mam dwadzieścia dwa lata i szykuję się do wyemigrowania, nie mogę siebie nazwać człowiekiem. To nie były błędy młodości. To coś, co będzie cię prześladowało już do końca twoich dni i przez co nigdy więcej nie poczujesz się wolny. Świadomość tego, kim jesteś, ci na to nie pozwala.
Długo myślałem nad tym, czy aby na pewno pisać tutaj wszystko, od A do Z. Nie wiem, czy dam radę. Ostatnio skończyło się to kolejnym napadem szału, więc czego mam się spodziewać teraz? Czuję, jak ręka mi się trzęsie, gniotę kartkę pod naciskiem ołówka. Łatwo wpadam w złość, czasem zbyt łatwo. Problem jednak leży w tym, że nauczyłem się ową złość powstrzymywać. To znaczy, nie ukazywać jej. Przykrywam ją niewidzialną płachtą cierpliwości i zrozumienia. Jednakże rzecz ukryta pod płachtą z czasem robi się coraz większa, przez co płachta spada na dół, odsłaniając wszystko, co pod sobą kryła. A to, co ukryte, czasem powinno takie pozostać. Kiedy jednak już na światło dzienne wychodzi moja złość, lepiej uciekać gdzie pieprz rośnie. Wtenczas budzi się we mnie ten brutalny dzieciak, którym jestem nadal, w środku. Trudno mnie uspokoić. Prędzej stracisz kilka zębów, niż spróbujesz podejść do mnie na odległość kilku centymetrów. Ale taki już mój urok, co zrobić? Wiele razy próbowałem z tym walczyć, ale moje starania szły na marne. Wystarczy, że wreszcie zaakceptuję swoją naturę i stanę się taki, jaki jestem naprawdę. Być może nawet jestem dzikim zwierzęciem, jak to nazwała mnie moja własna matka. Czy naprawdę jestem aż taki zły, prawie zabijając brudnego faceta, który dobierał się do mojego małego, niewinnego braciszka? Czy nazwanie kogoś zwierzęciem, choć jedynie chroni swoją rodzinę, jest na miejscu? To ten obleśny nauczyciel jest jego idealnym przykładem.
Skończyłem w poprawczaku, co raczej nie powinno cię dziwić, drogi dzienniku. Wyszedłem stamtąd w dwudziestu jeden lat, ale gdy wróciłem do domu, nie było w nim ani mojego brata, ani mojej matki. Pomyślałem sobie, że to nieładnie. "Be" jest zostawianie swojego syna na pastwę losu. Ale że jestem wyrozumiały, postanowiłem pozostawić was w spokoju. Skoro zapewne zostawiliście mnie z obawy o własne życie, nie chcę, żebyście nadal żyli w strachu.

NIE ZNALAZŁEM WAS ANI TAM, ANI W TEJ WSIOWEJ RUINIE. GDZIE WYŚCIE SIĘ, DO KURWY NĘDZY, UKRYLI? BAWICIE SIĘ ZE MNĄ W KOTKA I W MYSZKĘ? TACY JESTEŚCIE ZABAWNI? W TAKIM RAZIE MOŻE POKAŻĘ WAM MÓJ DOŚĆ SPECYFICZNY HUMOR?


Jestem kochanym dzieckiem, byłem dobrym synem, kochającym bratem, chciałem was ochronić, nic więcej. Dlaczego więc postanowiliście mnie zostawić? Zawiodłem wasze oczekiwania? W którym momencie popełniłem błąd? Wskażcie mi go, a wszystko naprawię. Ale najpierw, proszę, błagam na kolanach, wróćcie. Pokażcie mi się. Dajcie dotknąć. Uśmiechnijcie się do mnie. Nie zostawiajcie mnie samego w tym wielkim świecie. Proszę. Mamo, Yuriy, proszę, stańmy się z powrotem rodziną.

Prócz nich nie miałem nikogo innego. Pozostawały zwykłe znajomości, które rodziły się przy butelce alkoholu, ale nic więcej. Spadałem na coraz większe dno, nie mając nikogo u swojego boku. Nikogo, komu mógłbym się wyżalić czy wypłakać. A trzeba przyznać, że moja duma nigdy nie pozwoliła mi na uronienie chociażby łzy. Jednak teraz, w samotnej otchłani prawdziwego świata, miałem ochotę ryczeć jak małe dziecko. Bez matki, bez brata, bez rodziny. Sam jak palec.  
Nie zawsze przecież byłem zły. Nie zawsze wracałem pijany do domu i nie zawsze podnosiłem rękę na moją matkę, która leżała upita na kanapie, kiedy mój brat siedział głodny w kącie pokoju. Na co dzień byłem dość spokojny, nawet miły. Śmiałem się z innymi, śpiewałem, tańczyłem, patrzyłem z troską w oczach na wszystkich, którzy w nich zyskali. Chętnie pomagałem im w potrzebie, jeśli tego właśnie potrzebowali. A teraz? Stronię od ludzi, mam ich gdzieś. Nienawidzę każdego, bez wyjątku. Nawet jeśli go nie znam, to już wiem, że mam go dość. Sumienie, które może kiedyś miałem, teraz zniknęło całkowicie. Jednakże nadal potrafię rozsądnie myśleć. Gdyby nie to, chyba już dawno bym zwariował do cna, wyżarty przez własną nienawiść, która gotuje się we mnie każdego dnia.

Dziennik, wpis trzeci
Ile minęło od ostatniego wpisu? Trzy lata? Cztery? Nieważne, i tak zgubiłem poprzednie kartki. Pewnie teraz gniją w kanałach albo jakiś bachor robi sobie z nich ubaw. Nie interesuje mnie to. Dlaczego postanowiłem ponownie zacząć pisać, tak ni stąd, ni zowąd? Impuls. Zobaczyłem kartkę leżącą obok ołówka i popchnięty wspomnieniami po to sięgnąłem. Jeśli chodzi o mnie i moją sytuację... polepszyła się, o wiele. Wyjechałem z Rosji do Szwecji wraz z grupką dalszych znajomych. Nie mam teraz z nimi kontaktu, na moje szczęście. Co prawda nie mam jakiegoś ambitnego zajęcia, ale bycie ochroniarzem zawsze jest lepsze od zgrywania cwaniaka. Przynajmniej nikt ci dupy nie zawraca. Jesteś tutaj tylko po to, aby być, bo z reguły w tym szpitalu nie dzieje się nic, co by wymagało interwencji ochroniarza. Może to i lepiej, przynajmniej pozostali pracownicy nie będą musieli się martwić o to, jak się ze mną dogadać. Czy to tłumaczyć mi wszystko gestami, a może jednak po szwedzku? Jak łatwo się domyślić, w ich mniemaniu mówię tylko po rosyjsku. Cóż, plan podjęcia pracy w tym miejscu tak nie wyglądał, tak po prostu wyszło. Pracodawca był pewny, że ja, emigrant, który znajdował się tutaj nie do końca legalnie, nie mam pojęcia o szwedzkim. Czy naprawdę byłbym taki głupi, decydując się na wyjazd do kraju, którego języka nawet nie znam? Ciągnąłem więc szopkę. Jemu wystarczyło, że znam kilka podstawowych słówek, dzięki czemu można by się ze mną w jakiś sposób porozumieć i już następnego dnia gnałem do roboty. Tak się złożyło, że z oprowadzeniem mnie i wytłumaczeniem zasad nie było problemu, bo w szpitalu siedział drugi Rosjanin, również ochroniarz. Mimo wszystko... nie podoba mi się tu. Tak, wiem, nie powinienem wybrzydzać, ale... czuję, że to wszystko nie skończy się zbyt dobrze.


Wygląd:
Od zawsze podziwiałem mojego starszego brata, Damyena. I wtedy, gdy mieszkaliśmy z dziadkami, i teraz, kiedy przeprowadziliśmy się do miasta. Od początku było widać, że to on przejął większość genów ojca. Stał się postawnym mężczyzną, czego mu niezwykle zazdroszczę. Mnie niestety zostały przypisane geny matki, które zrobiły ze mnie wątłego chłopca, nie potrafiącego się nawet obronić. Ale on robił to za mnie. Dbał o nas wszystkich, często narażając przy tym swoje własne zdrowie. Jak to mama zwykła mówić (a raczej gestykulować)... Grisha jest dobrym człowiekiem, tylko w głowie poluzowała mu się jakaś śrubka, tak samo jak tacie. Z jej opowiadań wiem, że jest do niego podobny nie tylko z wyglądu, ale i z charakteru. Również był tak narwany i szybko wybuchał, a na pierwszym miejscu zawsze była ochrona rodziny. Niestety, mi nie było dane go poznać, ale wierzę swojej matce na słowo.
Zagubiony we własnych myślach, wyszedłem zza rogu budynku. Moją dzisiejszą misją było zawołanie brata na obiad, który pewnie znowu siedzi na podwórzu ze swoimi przyjaciółmi. Nie lubiłem ich. Dziwnie wyglądali i śmierdzieli. Wolałem, kiedy byłem z bratem sam na sam, bo inni zawsze się śmiali, kiedy zaczęliśmy machać rękoma, żeby się ze sobą porozumieć. Martwiło mnie to, ponieważ myślałem, że wtenczas wystawiam Damyena na pośmiewisko. Ten jednak zawsze dawał mi do zrozumienia, że to żaden problem, waląc po głowach tych, którym było do śmiechu. Kochałem go. Był warty o wiele więcej niż jakikolwiek inny człowiek na Ziemi, tylko mama tego nie rozumiała. Nikt tego nie rozumiał, prócz mnie. Uważam, że byłem jedyną osobą, która była w stanie go zrozumieć. A przynajmniej żyłem tą myślą.
Kiedy znalazłem się na podwórku, zobaczyłem inną scenerię niż zazwyczaj. Nie wiedziałem dokładnie, co takiego się dzieje, ale byłem pewny, że coś jest nie tak. Zawsze gdy wychodziłem na zewnątrz, widziałem go siedzącego pomiędzy innymi chłopakami, którzy pili jakiś przezroczysty płyn z butelek. Przy nich często wyglądał ponuro. Pozwolił swojej blond grzywce opadać na średniej wielkości oczy w kolorze szarości. Niezbyt wyszukany kolor, ale jak dla mnie niesamowicie mu pasowały. Szczególnie z tego powodu, że jego krótkie blond włosy są tak jasne, że niekiedy mam wrażenie, że mój brat nie jest blondynem, a albinosem. Gdy tylko mnie zobaczył, podchodził bliżej i obdarowywał tym olśniewającym uśmiechem, który był zarezerwowany tylko dla mnie. Wtedy zauważałem, że jego ciemne brwi śmiesznie kontrastują z jasnym kolorem włosów. Ale... pasowało mu to. Według mnie był idealny nie tylko w aspekcie wizualnym, ale i w roli brata. Zresztą, dla kogo starszy brat nie jest idealny?
Natomiast teraz... nie podobał mi się. Stał do mnie tyłem, opatulony jak zwykle w czarną odzież. Często porównywałem go do kruka, bo właśnie z nim mi się kojarzył. I, jak to on, z daleka wydawał mi się wysoki, ogromny i jakiś... obcy. Odwrócił się w moją stronę, na co złapałem się ściany, aby się przemóc i nie uciec. Jego bladą skórę okalała szkarłatna krew, nie należąca do niego. Ale nie to wystraszyło mnie najbardziej, a jego twarz. Zagubiona w szaleństwie, wręcz żądzy krwi. Nagle złagodniała. Wypuścił z uścisku osobę, która po tym bezwładnie opadła na ziemię. Jeżeli dobrze kojarzę, to należała do tych jednych z osób, z którymi miał zwyczaj przebywać. Nie chciałem wiedzieć, co takiego zrobił, że sobie na to zasłużył. Zapewne dlatego, że obawiałem się, iż nie zrobił nic, że mój brat w napadzie szału skrzywdził Bogu ducha winną osobę. Zaczął iść do mnie szybkim krokiem, na co wbiłem palce w ceglaną powierzchnię. Nie chciałem uciec. Nie miałem zamiaru sprawić, aby poczuł się smutny z tego powodu. Nawet jeśli mnie uderzy, ja nadal będę go kochał.
Jednak... stało się coś zupełnie innego. Uklęknął przy mnie, mocno mnie ściskając. Znieruchomiałem, puszczając się ściany. Przez chwilę miałem wrażenie, że łka, ale gdy się na mnie spojrzał, jego twarz z łagodnymi rysami była sucha, jedynie ubrudzona czerwoną krwią, przez co wyglądała jak ubrudzona sokiem czereśni. Złapał moją twarz w dłonie, kciukiem wycierając płynące łzy. Uśmiechnął się delikatnie.
- Chodź, obiad stygnie. - Powiedział, chociaż mi było dane zobaczyć tylko jak porusza ustami. Wstał i złapał mnie za rękę, udając się razem ze mną do domu. Wiem jedno - jeśli Demyan jest krukiem, to jest najwspanialszym ze wszystkich.



Dodatkowe informacje/ciekawostki:
- Urodził się i wychował w Rosji. Do Szwecji przeprowadził się w wieku dwudziestu dwóch lat, czyli w 1972 roku, natomiast pracę w szpitalu podjął w 1973.
- Uwielbia ptaki, a w szczególności kruki. Dokarmia każde, jakie tylko napotka, dzięki czemu zyskał ich sympatię. Kiedy tylko wyjdzie na zewnątrz, jest przez nie otoczony. Te jakimś cudem zakodowały sobie, że zawsze ma dla nich coś do przegryzienia.
- Choć zna rosyjski i szwedzki, woli udawać, że posługuje się jedynie rodzimym językiem. To pozwala mu na niekontaktowanie się z innymi, bo – jak wiadomo – małej części osób chce się porozumiewać z nim przy użyciu gestykulacji. Pomimo tego daje do zrozumienia, że zna kilka słówek, dzięki czemu był w stanie uzyskać posadę ochroniarza w szpitalu.
- Skoro już o gestach mowa… nie jest obcy mu język migowy, ponieważ był zmuszony do nauczenia się go. Jego brat, Yuriy, było głuchoniemy, a to był jedyny sposób na porozumienie się z nim.
- Uwielbia jesienną pogodę. Deszcz, zachmurzenie, burze… wprawia go to w dość spokojny nastrój. Zimy za to nienawidzi, choć pochodzi z mroźnych terenów i jest odporny na chłodne dni.
-  Jak każdy stereotypowy Rosjanin z mocną głową, nie stroni od alkoholu. Mimo to nie pije go litrami, ale trzyma piersiówki po kątach. Kto wie, kiedy napadnie go ochota na coś mocniejszego?
- Walki uliczne były codziennością w Rosji dla Damyena, stąd jego umiejętność skopania komuś tyłka, jeśli zajdzie taka potrzeba.
- Może na to nie wygląda, ale w wolnym czasie (którego ma dość dużo) lubi zaczytać się w książkach, szczególnie w kryminałach w bądź tych z dreszczykiem.
- Szczerze nienawidzi, gdy ktoś obcy zwraca się do niego zdrobnieniem, dlatego zwykł podawać jedynie swoje nazwisko.
- Gra na harmonijce oraz gitarze.
- Potrafi obsługiwać się pistoletami małego kalibru.
- Już jako dzieciak nauczył się szyć, w tym cerować dziurawe ubrania
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lucien
Pan Grabarz

avatar

Liczba postów : 146
Data dołączenia : 07/02/2015

PisanieTemat: Re: Voron.   Sob Lut 14, 2015 7:24 pm

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://sykehus.forumpl.net
 
Voron.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
 :: Postaciowo :: Kartoteka-
Skocz do:  









~**~
I love PBF
Halo PBF
Vampire Knight
AXIS MUNDI
Kuroko no basuke
BlackButler
HogwartDream
Wild Land AAF
Pogrzebowe Wino
Partnerstwo & Toplisty